List motywacyjny cz. 2

List motywacyjny – zmora każdego szukającego pracy. Ten wpis jest drugą częścią poradnika o pisaniu listów. Pierwszą część znajdziecie tutaj, a niej metodę Rozwinięcia 3 Punktów (tak, wiem, że to bardzo oryginalna nazwa dla podejścia, które doradzają wszyscy). W dzisiejszym wpisie zaś pojawią się wątki genezy listu motywacyjnego, najczęściej popełnianych błędów i kiedy list pisać, a kiedy nie.

List motywacyjny - porady

List z przeszłości

List motywacyjny wydaje się być absolutnie zbędnym krokiem i jedno z najczęściej zadawanych pytań, jakie słyszę, brzmi: „co za kretyn go wymyślił??”. Istnienie listu nabiera sensu, kiedy cofniemy się 10-15 lat w przeszłość. W tych zamierzchłych czasach kandydaci przesyłali swoje aplikacje zwykłą pocztą, a nie mejlem. Zapakowane w kopertę CV trzeba było wyposażyć w list przewodni, który wyjaśniał, czego dany delikwent chce, czyli jakim stanowiskiem jest zainteresowany i po co w ogóle to CV przesyła.

Dzisiaj CV w Polsce przesyła się jako załącznik do mejla, a często poprzez zautomatyzowaną aplikację na stronie z ogłoszeniami. System automatycznie wstawia wtedy w pole tematu numer referencyjny rekrutacji, nie ma więc potrzeby, by list spełniał funkcję przedstawiania nas.

Funkcję listu motywacyjnego przejęły więc mejle i do nich przeniósł się główny ciężar autoprezentacji. Osobno pisany list, wraz z nagłówkiem, adresatem i zachowanymi wymogami epistolarnymi to relikt przeszłości. Oczekiwanie listu motywacyjnego, jako części składowej aplikacji pozostało jednak i nikt nie spieszy się, by z niego głośno zrezygnować. Pamiętajmy jednak, że poza wyraźnie oznaczonymi wymogami, listem może być właśnie dobrze napisany mejl, a nie osobny załącznik.

Pisać, czy nie pisać?

NIE. Dla mnie przy prowadzeniu rekrutacji najważniejszym dokumentem jest CV. To w nim zawarte powinny być wszystkie informacje o wcześniejszych doświadczeniach kandydata, projektach, które realizował, wszystko, co pozwala wnioskować, czy ma kompetencje, których w tym momencie szukam. Ja jednak jestem w komfortowej sytuacji, w której to ja szukam kandydata do konkretnego stanowiska i ciężar zainteresowania go lub jej ofertą spoczywa w całości na moich barkach. Komfort sytuacji polega m.in. na tym, że ani kandydaci, do których się odzywam nie muszą pisać listów motywacyjnych, ani ja ich nie muszę czytać. Szukam osoby o wyznaczonych, opisanych umiejętnościach i doświadczeniu, i dokumentem, który to opisuje jest CV. Tam znajduję potrzebne dla mnie informacje.

OBOWIĄZKOWO. Inaczej sytuacja się przedstawia, kiedy aplikujemy do firmy „z ulicy”. Kiedy nie ma ogłoszenia o wakacie. Kiedy nie wiemy, czy w perspektywie kilku miesięcy lub lat, planują kogokolwiek zatrudniać. Nasze CV ląduje na czyimś biurku z totalnego desantu, wzbudzając zdziwienie lub zaskoczenie, czasami – ciekawość. W takim układzie list motywacyjny jest bardzo potrzebny. To przewodnik naszej aplikacji, który pomoże otworzyć właściwe drzwi. Wytłumaczy powody, dla których przesłaliśmy CV, odpowie na pytanie jaką pracą w tej firmie jesteśmy zainteresowani, przekona wstępnie, że się nadajemy i warto dać nam szansę na spotkanie.

WARTO. Znaleźliśmy ogłoszenie o pracy życia. O pracy marzeń! Absolutnie wymarzona, fantastyczna oferta. Jest tylko jeden (maluteńki) problem. Z naszego CV nie wynika zbyt czytelnie, że my jesteśmy wymarzonymi kandydatami. List motywacyjny służy tutaj zebraniu naszych doświadczeń z różnych miejsc w jedną, spójną opowieść o kwalifikacjach, które sprawiają, że warto brać nas pod uwagę w tej rekrutacji.

Najczęstsze błędy

1. Kopiowanie wzorów listów z internetu

Najczęściej historia wygląda tak: kandydatowi wydaje się, że wraz z CV musi wysłać list. Ale nie ma pojęcia, co w nim napisać. W wyszukiwarkę wpisuje więc „list motywacyjny wzór”. Wyskakują tysiące wyników. Wchodzi w pierwszy link, kopiuje treść i wkleja ją do swojego pliku. Jeśli ma jeszcze trochę przytomności umysłu – zmienia dane personalne (wstawia swoje imię i nazwisko, nazwę firmy, do której aplikuje, aktualną datę). I wysyła…

Jeśli nie mamy nic do przekazania w liście – to najlepiej go nie pisać. Szkoda czasu i energii naszego i osób, do których wysyłamy dokumenty. A jeśli jednak musimy, to najlepiej zastosować metodę Rozwinięcia 3 Punktów.

2. To samo, co w CV tylko pełnymi zdaniami

To mój „ulubiony” rodzaj błędu: list, który jest przepisywanym ponownie CV, tylko z większą ilością słów-wypełniaczy i przyimków. „W latach 1997-2006 pracowałem w firmie X na stanowisku Y, gdzie do moich obowiązków należało abcd. W tej pracy moim osiągnięciem było efg.” Najsmutniejsze jest to, że taki list jest tekstem oryginalnym, czyli autor/autorka napracowali się, by go stworzyć. Tylko, że nie oferuje żadnej wartości dodanej. Te wszystkie informacje mamy już w CV. Listu mogłoby w ogóle nie być. Cała para poszła w gwizdek.

3. Danego poprzedniego adresata.

Tu bez większego komentarza – nagłówek, w którym widnieje nazwisko pani Iksińskiej, która na pewno nie jest mną. Tak, to się nadal zdarza. I nie robi dobrego wrażenia.

Jakie są wasze doświadczenia z listami? Lubicie czy uważacie za zmorę?