Mężczyzna na ławce

Płatki śniegu pokrywały drewnianą ławkę. Siedzący na niej Mężczyzna zdawał się tego nie zauważać. Jego brwi przybrały kształt sopli lodu. Niewidzący wzrok wpatrywał się w przestrzeń, a ręka miarowo ugniatała zapisaną kartkę, której nie dałoby się już odczytać.

Dla osób przechodzących peronem wyglądał na zamyślonego, może zagubionego, podróżnego. Dziwnym tylko wydawało się im, że siedzi tu, na otwartej przestrzeni, pozwalając białym płatkom opadać na jego postać, zamiast skryć się w cieple dworcowej poczekalni lub przynajmniej pod dachem osłaniającym część peronu.

Nie widzieli oni, że mężczyzna bardzo daleki jest od bycia zagubionym. Że jego myśli precyzyjnie przemieszczają się z neuronu do neuronu, a umysł wypełnia jedna myśl, której się w całości poświęcił: morderstwo.

 

W przeszłości był znany, (sławny nawet w niektórych kręgach!) a gazety ustawiały się w kolejkach po wywiady. Na półce w jego salonie stały rzędem trofea, puchary i medale, a na ścianie wisiały dyplomy. Ta kolekcja była jego chlubą. Była potwierdzeniem zarówno wrodzonego talentu, jak i ciężkiej pracy, którą codziennie wkładał w jego szlifowanie.

Czy jego rodzice, kiedy się rodził, spodziewali się, że osiągnie takie wyżyny? Czy mieli przeczucie, że w tym małym, płaczącym zawiniątku drzemie talent? I czy wiedzieli, że to wszystko: sława, nagrody, prestiż, jednego dnia znikną jak rozdmuchany przez wiatr dym? Jak to dobrze, że nie dożyli tego dnia, kiedy wszystko zostało mu odebrane. Kiedy z dnia na dzień stracił pracę, w której był najlepszy i kiedy dano mu ten bezbarwny, bezmyślny i nie wymagający żadnego daru, ochłap.

W ich słowniku to się nazywało „przesunięciem”. Cały czas na wspomnienie tej rozmowy w dziale personalnym czuł jak z napięcia zaczynają mu zgrzytać zęby, a dłonie pokrywają się potem. Codziennie, kiedy siadał przy przydzielonym mu biurku, czuł się bliski płaczu. Uwielbiany przez wielu mistrz, sprowadzony jednym dekretem do numeru w systemie kadr. Numeru, który można dowolnie przesuwać, nie bacząc na jego uczucia czy talenty.

A przeszłość, o której mówiły dyplomy i medale była nie tak dawno. Za jednym zakrętem. Tak niedawno, tak blisko, a jednocześnie tak nieosiągalnie daleko. Teraz jego codzienność wypełniali ludzie, którzy nie mieli pojęcia, że ten, który codziennie siada przy komputerze by wpisywać dane, jeszcze nie tak dawno był światowej sławy zapowiadaczem pociągów. Miał talent przekształcania kilkunastu sekund informacyjnego tekstu w melodyjne doznanie, które było sensualną przyjemnością dla czekających na pociąg. Potrafił zbudować napięcie, a czasami przemycić humor. Jego głos miał tembr, które wzbudzał przyjemne dreszcze w uchu każdego słuchającego. A w każdym wypowiadanym słowie słychać było miłość do pracy, którą wykonywał.

 

Mężczyzna siedzący na peronie, jako pewnie jedyny ze wszystkich obecnych tam osób, nie miał telefonu komórkowego. Nienawidził digitalizacji. To ta komputerowa rewolucja wywróciła jego świat do góry nogami. Jeszcze na początku, kiedy chodziło tylko o nagrywanie zapowiedzi, które potem odtwarzano, wydawało mu się, że to może być nowy, ekscytujący etap. Wszak w ten sposób jego głos miał szanse być słyszalny poza jego dworcem. Podróżni z innych destynacji mogli poczuć tą samą przyjemność, co ci czekający na pociąg na Dworcu Głównym. Jaki dworzec nie chciałby mieć u siebie zapowiedzi nagranych głosem nagradzanego mistrza?

Szybko jednak okazało się, że rewolucja idzie w zupełnie innym kierunku. Cyfrowe miksowanie wcześniej nagranych, pojedynczych słów, syntezer mowy. Żywy człowiek zniknął ze świata zapowiedzi dworcowych. Z tygodnia na tydzień okazało się, że nie jest już potrzebny i został wezwany na tą pamiętną rozmowę.

Od tego momentu poprzysiągł zemstę. Postanowił znaleźć osobę odpowiedzialną za wprowadzenie cyfrowego potwora do jego bezpiecznego świata. Znaleźć ją i zabić.

 

Kartka, którą ściskał w dłoni zawierała wiadomość od przekupionego informatora. „Jest tutaj, pokój zarządu na pierwszym piętrze. Spiesz się. Dziś wieczorem wyjeżdża.” Dyrektor ds. Komunikacji Ze Światem Zewnętrznym. Kat jego szczęśliwości. Ale dziś role się odwrócą i to on będzie tym niosącym zagładę.

Mężczyzna wstał i włożył rękę do kieszeni. Dłoń namacała metalową kolbę pistoletu. Ruszył w stronę wyjścia z peronu. Podróżni, którzy obserwowali go wcześniej, odprowadzali go wzrokiem, gdy wchodził przez automatyczne drzwi do głównej hali dworca.

 

Hałas wypełniał zwieńczone metalowo-szklaną konstrukcją pomieszczenie. Ludzie objuczeni walizkami biegli w stronę podstawionych pociągów. Inni stali pod wielką tablicą próbując dostrzec pojawiające się numery peronów. A z głośników płynął znienawidzony, cyfrowy głos. Mężczyzna szedł przed siebie przecinając halę na skos. W ciągu kilku minut dotarł do wejścia dla pracowników, które prowadziło do biur przy zachodniej ścianie. Przeciągnął swoją kartę w czytniku i zielone światełko zasygnalizowało otwarcie śluzy. Wszedł do środka.

Zatrzymał się na chwilę nasłuchując. Hałas z hali był tu stłumiony przez podwójną szybę w szczelnych drzwiach, a korytarz na parterze wypełniała cisza. O tej porze większość pracowników była już dawno w domach. Mężczyzna ruszył dalej. Niecałą minutę zajęło mu dotarcie do schodów prowadzących na pierwsze piętro. Wszedł cicho, rozglądając się. Korytarz na piętrze był równie cichy jak ten na dole, ale światło sączące się przez kilka par szklanych drzwi pokazywało, że tutaj jeszcze nie wszyscy poszli do domu. Biura zarządu były na końcu korytarza.

Starając się stąpać najciszej jak potrafił, podszedł do ostatnich drzwi i przyłożył do nich ucho. Wyraźnie słyszał teraz głos Dyrektora, ale żadnego innego. Musiał rozmawiać przez telefon. Mężczyzna chciał poczekać, aż skończy rozmowę, żeby sprawdzić czy ktoś inny jeszcze jest w pomieszczeniu, ale bał się, że zostanie odkryty przez któregoś z pracujących do późna pracowników. Wziął głęboki wdech i otworzył drzwi.

Dyrektor siedział przy biurku. W ręku trzymał dyktafon, który teraz, na widok wycelowanego w siebie pistoletu, powoli odłożył na blat. Nie odezwał się ani słowem, ale z jego twarzy odpłynęła cała krew.

– To ty! – wysyczał Mężczyzna – ty jesteś temu wszystkiemu winny! Zniszczyłeś moje życie. Teraz ja zniszczę twoje! – i nacisnął spust.

Kula ze świstem wyleciała z lufy. Na czole Dyrektora pojawiła się nagle ciemna plama, oczy zastygły w niedowierzaniu, a ściana za jego plecami pokryła się czerwonymi plamkami krwi. Po chwili ciało Dyrektora straciło całe napięcie i bezwładnie zsunęło się głębiej w fotelu.

Mężczyzna przeniósł wzrok na swoją dłoń, która nadał ściskała pistolet. W korytarzu słychać już było krzyki i tupot nadbiegających kroków.

***

Śnieg opadał miękko na chodnik oświetlony latarnią, kiedy w pokoju z niedociągniętą żaluzją, Mężczyzna obudził się gwałtownie ze snu. Budzik pokazywał 3:14. Znowu miał ten sam sen. Kiedyś zastanawiał się, czy wcielić go w życie. Sen był tak realistyczny, że wydawał się proroczy. Ale w bladym świetle dnia, Mężczyzna wiedział, że nigdy się na to nie zdobędzie. Nie umiał odebrać drugiemu człowiekowi życia. Z westchnieniem położył się na łóżku, naciągnął kołdrę i zamknął oczy, mając nadzieję, że tym razem nic mu się nie przyśni.